Po dwóch nocach spędzonych pośród gór i wulkanów przyszła pora na zmianę scenerii. Trochę żal było wyjeżdżać, ale perspektywa wykąpania się w Morzu Czarnym spowodowała, że dość sprawnie się pozbieraliśmy. I kiedy podążaliśmy w strone wybrzeża nadszedł moment, kiedy trzeba było coś zjeść i napić się kawy. Najlepiej z widokiem na coś ładnego. Jadąc palcem po mapie trafiłam na jakieś jezioro. Z reguły przy wodzie fajnie się siedzi, więc pojechaliśmy obczaić miejsce. I jak zwykle przez zupełny przypadek dojechaliśmy tam, gdzie z pewnością inaczej byśmy nie trafili. Okazało się, że jesteśmy w miejscowości Amara a niebieski punkcik na mapie to słone jezioro, które na dodatek jest bardzo bogate w lecznicze błoto. Można się więc ponacierać, usiąść na plaży i poczuć niczym dziecko. I to za zupełną darmoszkę. Jak ktoś chce, to może też zażyć płatnej, w pełni profesjonalnej kąpieli w jednym z pobliskich ośrodków. Ci, którym zaschło w gardle przez to siedzenie na słońcu, ugaszą pragnienie źró...
Po nieudanej wizycie w ziemi ognistej musieliśmy się umyć. Przepływający nieopodal potok nadawał się do tego idealnie. Glina tak do nas przywarła, że spędziliśmy z godzinę na jej usuwaniu. Po kąpieli nie wyglądaliśmy może wyjściowo, ale mogliśmy zjeść posiłek czystymi rękami. Ja wiem, że minerały zawarte w glebie są dobre, ale jednak wolę się nie suplementować w taki sposób. Drugie śniadanie jedliśmy zapatrzeni w otaczający nas krajobraz i żujące trawę krowy, które łypały ku nam zadziwione. Może wyglądaliśmy na konkurencję do ichniego stołu? Nie wiem, choć się domyślam... ;) Zaczęło się wypogadzać, więc w drodze powrotnej chcieliśmy zobaczyć choć kawałek okolicy w której byliśmy, bo już sama droga wyglądała jak z sielskiego obrazka. Miało się wrażenie, że cofnęliśmy się w czasie. Drogi, które nie doświadczyły asfaltu czy innych współczesnych wynalazków, drewniane płotki, przydrożne studnie, prowadzące donikąd mosty i wszechobecne kapliczki. Nie murowane a drewniane. Zupełnie inne ...